Stop myśleniu
Niedawno, podczas codziennego karmienia się feedami, natrafiłem na kolejną akcję
internetową. Tym razem jej twórcy grzmią Stop głupim statusom!
.
Wcześniej, tego samego dnia, dowiedziałem się, że można być dumnym z bycia pasożytem.
Spowodowało to, że stworzyłem naprędce listę akcji internetowych ze stop
w nazwie, na które się natknąłem. Oto ona (kolejność pozycji półprzypadkowa):
Prócz pierwszych dwóch (których w mniejszym stopniu dotyczy również cała dalsza część artykułu), wszystkie z nich mają kilka cech wspólnych. Są to niektóre (lub, o zgrozo, wszystkie) ze zbioru:
- nawoływanie do zaprzestania pewnych działań związanych z obecnością w Internecie;
- niedostateczne opisanie, dlaczego wspomniane działania są szkodliwe;
- tylko kilka podstron;
- autorytatywność twórców;
- brak należytej korekty ortograficzno-stylistycznej przed umieszczeniem tekstów w Internecie;
- umieszczenie strony na serwerze zapewniającym darmowy hosting i domenę;
- obecność reklam...
- ... i słowa
STOP
w nazwie;
Krótko — wszystkie wyglądają, jakby zostały stworzone pod wpływem natchnienia przez nastolatków, którzy — w obawie przed ujściem weny twórczej — poświęcili na swe dzieła nie więcej niż jeden wieczór.
Jednak wbrew swym zamiarom, dostarczyli oni wyjątkowo dużo materiału do badań nad tym, co aktualnie dzieje się w Internecie. Poniższy artykuł jest nieudolną próbą przeprowadzenia takiego badania. Za wzór wziąłem sobie listę, którą skompletowałem powyżej — teraz zajmę się każdym z jej punktów.
Przepis na akcję internetową
1. Weź jeden cel
W idealnym świecie każda rzecz robiona jest z myślą o efektach, jakie jej wykonanie przyniesie. Gdy efekty są miłe sercu wykonawcy, stanowią doskonałą motywację. Gdy jest przeciwnie — można mówić o zniechęceniu. Tutaj oczywiście mamy do czynienia z pierwszym rodzajem działania.
Celem zawsze jest wymuszenie na czytelnikach konkretnego działania. Zazwyczaj jest to niewykonywanie jakiejś czynności. We wszystkich wyżej przedstawionych akcjach twórcy piętnują zachowania, które spotkać można tylko w Internecie — nie pomylę się więc chyba zbytnio, jeżeli powiem, że zachowania „wirtualne”.
Konkludując — celem każdej z tych akcji jest naprawa
i posprzątanie
Internetu, jak wyczytałem w komentarzach do jednej z nich. Każdy osobnik lepiej obeznany w zakamarkach tej pajęczyny przyzna, że cel jest zacny. Nie można więc wymienionym wyżej stronom zarzucić zgnilizny w założeniach.
2. Obierz go dobrze
Znalazła się ona w realizacji. Twórcy nie zbadali dokładnie poruszanych przez siebie kwestii, przez co ich opracowania są przynajmniej niedokładne. Brak w nich praktycznie wszystkich elementów koniecznych do nazwania pracy „dokładną” lub „godną zaufania”: obiektywnych danych statystycznych dostarczonych przez niezależne podmioty, szczegółowego opisu „choroby”, przedstawienia symptomów, zrozumiałego nakreślenia procesu „leczenia” wraz z uwzględnieniem ciągu przyczynowo-skutkowego. Pokrótce podam, dlaczego elementy te są ważne:
- obiektywne dane statystyczne mają na celu potwierdzenie, że problem naprawdę istnieje. Nie tylko nie jest wytworem nerwowości autora, ale również jego zasięg nie jest lokalny;
- opis „choroby” pozwala zrozumieć, dlaczego opisany stan jest niepożądany i szkodliwy dla otoczenia;
- opis symptomów pozwoli niewyspecjalizowanym jednostkom na stwierdzenie, że mają do czynienia z „chorym” a nie chwilowym odchyleniem od normy;
- przedstawienie procesu leczenia jest niezbędne, aby niewyspecjalizowane jednostki mogły z powodzeniem same podejmować się leczenia siebie oraz najbliższego otoczenia; opis reakcji oczekiwanych pozwoli na kontrolowanie postępów w „leczeniu”;
- zrozumiałe przedstawienie całości spowoduje, że łatwiej będzie walczyć z bardziej złośliwymi mutacjami problemu, które mogą pojawić się w przyszłości;
Przez brak owych elementów, akcja zmniejsza swoją skuteczność, nie przekonując wszystkich czytelników. Z tego powodu nie osiąga swojego celu. Na szczęście rzadko powoduje więcej szkód niż pożytku.
3. Potnij go na kilka elementów
Niestety, dokładność i krótkość rzadko chodzą w parze. Zazwyczaj jedno odbywa się kosztem drugiego. Twórcy wspomnianych stron prawdopodobnie wyszli z założenia, że w żyjemy zbyt szybko, by mieć czas na dogłębne zapoznawanie się z każdą kwestią, więc postanowili podać informacje w formie skondensowanej. Efekt? Nieprzekonywujący zlepek zdań.
4. Połóż je w ciepłym miejscu na kilka godzin
Jest to pewna forma pierwszego braku przedstawionego w punkcie drugim.
Twórcy akcji zazwyczaj wypowiadają się autorytatywnie (skuteczność takiego działania przedstawił Schopenhauer w swej Erystyce). Problem tylko w tym, że aby Wybieg 26. odniósł skutek, przytoczony autorytet musi być powszechnie — a przynajmniej przez czytelnika — uznawany. Nie wydaje mi się, by wielu za taki uznało osobę, która nie podpisuje się nawet swoim nazwiskiem, a jedynie pseudonimem, na temat którego niewiele potrafi powiedzieć najpopularniejsza wyszukiwarka internetowa.
5. Posyp pieprzem, aby dodać pikanterii
128 lat walki o język polski pod zaborami, a teraz w kraju moda na "bez polskich znakow", świat sie kończy...
Wojciech „McMonster” Pisarski
Jedna z wymienionych akcji, której nie dotyczy ten artykuł, BYKOM-STOP, opisuje problem. Nie widzę większego sensu powtarzać, więc dodam tylko kilka słów na ten temat:
Przez stosunek danej osoby do swojego języka można wiele wywnioskować. W oczy rzuca się niedbalstwo, braki w wykształceniu czy niekonsekwencja. W Internecie powszechna jest postawa jeżeli nie starasz się, aby być zrozumianym, ja nie staram się, aby cię zrozumieć
. Pisanie niepoprawną polszczyzną jest też dobrym sposobem, aby stracić szacunek w oczach innych (patrz poprzedni punkt). Nie dbając o pisownię, autorzy zniechęcają do siebie i swojej akcji odbiorców, czego efekty są odwrotne od zamierzonych na samym początku.
6. Podgrzewaj przez kwadrans w piekarniku o temperaturze 100°C
Jakkolwiek wiele produktów FLOSS jest wartych uwagi (czasem sprawdzają się nawet lepiej niż ich prawnie zastrzeżone odpowiedniki), stanowią one chlubny wyjątek. Żyjemy w świecie, gdzie niewiele rzeczy jest za darmo, a niska jakość jest niemal wpisana z definicji w wyjątki. Dotyczy to niestety również darmowych usług hostingowych.
Posiadają one masę ograniczeń. Z tych najważniejszych można wymienić:
- ograniczenie wielkości pojedynczego pliku;
- restrykcje w przyjmowanie plików w zależności od formatu;
- niemożność użycia własnego pliku .htaccess;
- niemożność podparkowania strony pod własną domenę z panelu klienta portalu hostującego;
- wyświetlanie reklam;
- awarie serwerów hostujących;
- niska jakość BOK-u;
Na szczęście portale oferujące darmowe domeny charakteryzuje wyższa jakość usług — być może dlatego, że sprawa jest prostsza z technicznego punktu widzenia;
Wszystko to razem powoduje, że strona znajdująca się na serwerze zapewniającym darmowy hosting odstrasza.
W dzisiejszych czasach profesjonalny hosting można otrzymać po relatywnie niskiej cenie. Świadczy to tylko o autorach kolejnych akcji, że ich dziecko nie jest wg nich warte wydania kilkunastu złotych, by zagwarantować mu długie i statyczne życie w Sieci.
7. Po wyjęciu wetknij świeczkę
Reklamy podpięte przez portal zapewniający hosting, jakkolwiek niemile widziane, są zrozumiałe — jest to forma zapłaty.
Reklamy podpięte przez twórców strony również są po części zrozumiałe — w ten sposób twórca łączy przysłowiowe przyjemne
z pożytecznym
.
Problem w tym, że twórcy niewiele wiedzą na temat marketingu w Internecie. Ich reklamy — zazwyczaj kontekstowe, czyli cechujące się pewną dozą nieśmiałości, dzięki czemu łatwiej je zintegrować ze stroną — są użyte lekkomyślnie. Nie dość, że znajdują się w niestrategicznych punktach, to jeszcze ich nagromadzenie kłuje w oczy czytelnika. Co więcej — czytelnik, widząc reklamy, od razu odwraca wzrok w poszukiwaniu treści, po którą przybył. Przy podobnym ostylowaniu reklam i treści (co jest niemal pewne, ze względu na ideę tych pierwszych), znalezienie tej drugiej może zająć ułamki sekund więcej. Ułamki z chęcią irytujące czytelnika.
8. Opraw w papier ozdobny o powtarzalnym wzorze
Konwencja bliźniaczego nazewnictwa byłaby do przyjęcia, gdyby za wszystkimi akcjami stała ta sama grupa. Można by wtedy mówić o pewnej marce.
Jednak śmiem wątpić nawet w to, aby poszczególni autorzy znali się nawzajem, nie wspominając już o współpracy. Dlatego uważam podobne nazewnictwo za wadę — wprowadzającą chaos wśród czytelników. Im większe podobieństwo nazw, tym większe prawdopodobieństwo, że niewprawny czytelnik pomyli dwie różne akcje — czasami faktycznie niezbyt odmienne.
Do tego dochodzi kwestia oryginalności. Czytelnik może pomyśleć Cóż nowego możesz mieć mi do powiedzenia, skoro ubierasz się tak samo jak setka przed tobą?
— jak to wpłynie na odebranie strony, nie muszę chyba dodawać.